Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 670 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS


....

CHALLENGER ZONE - WEEK 12

wtorek, 27 marca 2012 16:30

 

Ruszamy z CHALLENGER ZONE – głównie będą to podsumowania tenisowych zmagań na szczeblu Challengerowym. W każdą niedzielę lub poniedziałek będziemy krótko opisywać to co działo się na zapleczu ATP World Tour. Pojawiać się będą także różne ciekawostki i newsy dotyczące tego co słychać u młodszego brata ATP World Tour. Co prawda do turniejów rangi Challenger nie mogą zgłaszać się zawodnicy z top 50 rankingu ATP (Dla nich jedynym sposobem do wzięcia udziału w tych imprezach jest dostanie dzikiej karty od organizatorów), lecz mimo to w drabinkach bardzo często można znaleźć znane nazwiska. Udział w zawodach tej rangi jest doskonałą okazją do odzyskania rytmu meczowego przez tenisistów wracających po dłuższych kontuzjach. W stawce nie brakuje również utalentowanych młodych graczy, czyli potencjalnych przyszłych mistrzów, a także takich zawodników, którzy osiągają szczyt swojej kariery mając już na liczniku nawet 30-tkę. W Challengerach poziom graczy jest bardzo wyrównany. Pojawiają się tam zawodnicy (najczęściej kwalifikanci) nawet spoza pierwszej 300. rankingu, którzy bardzo często odprawiają z kwitkiem wysoko rozstawionych rywali. Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się na relacjonowanie challengerowych zmagań z kortów całego świata.

 

W zeszłym tygodniu odbyły się trzy turnieje. Tenisistów z zaplecza „ekstraklasy ATP”, bo tak można nazwać imprezy Masters Series, gościły tym razem brytyjskie Bath, kanadyjskie Rimouski i czwarty tydzień pod rząd marokańska mieścina, tym razem Marrakech. W każdym z nich wystartował jeden Polak i to od ich wyników dziś wyjątkowo zacznę, gdyż po prostu chcę mieć to już z głowy. Najszczerzej w świecie mówiąc w ogóle nie chciałbym o nich pisać bo w tym tygodniu nie ma o czym, lecz nie wypada pomijać występów naszych rodaków bo przecież nie mamy ich wielu nawet w Challenger Tourze.

 

Jerzy Janowicz grał w Bath i to on zaprezentował się najlepiej wśród polskich zawodników, ponieważ  Pokonał w pierwszej rundzie Ilya Marchenko z Ukrainy 63 57 64 i tym samym jako jedyny wygrał mecz. W Kolejnej rundzie jednak jego pogromcą okazał się Dustin Brown – urodzony na Jamajce reprezentant Niemiec. Rywal ten jest w zasięgu utalentowanego Polaka. Jeśli Jerzyk chce osiągnąć coś więcej w ATP niż tylko regularna gra w Challengerach to musi powoli zacząć regularnie wygrywać z takimi przeciwnikami. Spotkanie było jednak niezwykle zacięte i Brown okazał się lepszy dopiero w tie-breaku trzeciego seta, którego wygrał do 5. Miałem okazję śledzić przez internet przebieg tej decydującej rozgrywki. W najważniejszym momencie meczu Polak niestety zagrał zbyt asekuracyjnie w przeciwieństwie do Dustina, który nie zmienił swojej taktyki, która jest jego naturalną, czyli cały czas presjonował Janowicza agresywną grą i wypadami do siatki.

 

Grzegorz Panfil z rankingu dostał się do zawodów w Kanadzie. Miał niestety pechowe losowanie. Trafił w pierwszej rundzie na rozstawionego z jedynką Tatsuma Ito. Japończyk w tym sezonie prezentuje bardzo dobrą formę jednak o dziwo męczył się z Polakiem w trzech setach. Pełny wynik to 46 63 57 patrząc od strony Grześka. Meczu nie widziałem, jednak oceniając sam wynik można pochwalić Ślązaka za ten występ. Niestety podobnie jak w przypadku JJ za dużo punktów do rankingu sobie nie dopisał.

 

Ostatnim polskim reprezentantem, który w ubiegłym tygodniu próbował swoich sił w Challengerze jest Marcin Gawron. Wystąpił on, podobnie jak w poprzednich tygodniach, w eliminacjach do turnieju w Maroku. Przegrał jednak swój pierwszy mecz z Janezem Semrajcem 46 36. Słoweniec stanowił tak zwany cut do eliminacji. Znaczy to w skrócie to, że jego 695. pozycja w rankingu była ostatnią, dzięki której można było wystąpić w turnieju (w tym przypadku w eliminacjach). Ubiegłotygodniowy występ Gawrona pozostawiamy bez komentarza.

 

Bath, Wielka Brytania
korty twarde w hali
pula nagród: 42 500 euro

 

Jedynym zawodnikiem z czołowej setki rankingu, który wystąpił w imprezie był Andreas Beck. Niemiec podczas rozstawiania graczy klasyfikowany był na 96. pozycji. Podobnie jak Janowicz, tyle że rundę później, bo w ćwierćfinale musiał uznać wyższość Dustina Browna. Posiadający Jamajskie korzenie tenisista wygrał zresztą cały turniej i pocieszający dla nas jest fakt, że zgodnie z tym co pisałem wyżej, to Polak był najbliżej wyrzucenia go za turniejową burtę. Oprócz „Jerzyka” jedynie Jamie Baker z Wielkiej Brytanii urwał mu seta w ½ finału. Drugą parę półfinalistów tworzyli Michael Berrer (nr 2 turnieju) i Jan Mertl. Wygrał Czech i tym samym zaliczył swój drugi występ w finale w drugim tygodniu pod rząd. W Sarajewie jednak był bliższy triumfu niż w Bath, gdyż ze swoim rodakiem Janem Hernychem przegrał w trzech setach (67 w trzecim), a Brownowi nie urwał nawet seta. Można zatem powiedzieć, że już 30-letni Mertl przeżywa swoją drugą młodość i kto wie… może pobije swój rekord rankingowy, jakim jest 163. miejsce osiągnięte w lipcu 2007 roku.

 

Rimouski, Kanada
korty twarde
pula nagród: $35 000

 

Gospodarze turnieju być w znakomitych nastrojach, bowiem wyniki i przebieg Challengera w Rimouski co najmniej spełniły ich oczekiwania, chociaż moim zdaniem nawet przerosły. Vasek Pospisil będący drugą po Milosu Raonicu nadzieją kanadyjskiego tenisa wygrał całą imprezę i zrobił to w momencie gdy wydawałoby się, że stracił gdzieś formę z ostatnich miesięcy. Triumf ten prawdopodobnie da mu awans do pierwszej setki najnowszego rankingu, który z racji na trwający już drugi tydzień turniej Masters Series w Miami ukaże się dopiero w następny poniedziałek. Ale to nie koniec dobrych nowin dla Kanadyjczyków gdyż do fazy półfinałowej doszedł również ich drugi reprezentant, zawodnik z 9(!) setki światowej listy ATP, niespełna 18-letni Filip Peliwo! Poza fenomenalnym występem młodziutkiego tenisisty z Kanady nie było większych niespodzianek. Znakomity turniej rozegrał również Belg Maxime Authom, który uległ dopiero Pospisilowi w finale 76 64. Authom pokonał wcześniej m.in. Tatsuma Ito (nr 1) w półfinale, czyli pierwszorndowego pogromcę Grzegorza Panfila.

 

Marrakech, Maroko
korty ziemne
pula nagród: $30 000

 

Chyba najciekawszy turniej tygodnia. Mimo najniższej puli nagród to tutaj mieliśmy najlepszy cut turnieju, którym był zajmujący 211. pozycję Simon Greul. W drabince było wiele ciekawych wg mnie nazwisk. Pere Riba, Victor Hanescu, Blaz Kavcic z tych, którzy w zeszłym sezonie regularnie występowali w turniejach ATP World Tour, ale także Javier Marti, James Duckworth, Pablo Carreno-Busta i Andrey Kuznetsov jako reprezentanci „Młodych Gniewnych”. Warto zwrócić uwagę, że swoich sił w Marrakechu spróbował też wracający po kontuzji Paul-Henri Mathieu. Adrian Ungur z Rumunii i Słowak Martin Klizan to z kolei zawodnicy, którym powodzi się w ostatnich tygodniach i to właśnie oni byli najlepsi również w Maroku. Klizan wygrał potyczkę finałową 36 63 60. Wcześniej również miał kilku ciężkich rywali. W drugiej rundzie zaskakująco łatwo pokonał Javiera Marti 61 60, w 1/4 finału wygrał z Federico Delbonisem 64 76, a najcięższy bój stoczył prawdopodobnie w półfinale z rodakiem Ungura, Victorem Hanescu. Doświadczony Rumun grał jako 2. rozstawiony i był zdecydowanym faworytem turnieju, nawet chyba większym od „jedynki” czyli Pere Riby, który jest ostatnio bez formy. Nawet z Hanescu Klizan nie stracił seta – wygrał 75 64. Grono półfinalistów tego turnieju uzupełnia Adrian Menendez-Maceiras. Hiszpan słynie z tego, iż raz na jakiś czas osiągnie jakiś zaskakująco dobry wynik by później zniknąć, a raczej wrócić do normalnej dyspozycji jaką są porażki w pierwszych rundach Challengerów, a nawet tułaczka po futursach. Zwyciężył w tym turnieju z szukającym formy Ribą, młodym nierówno grającym Andreyem Kuznetsovem, który w dodatku mógł być bardzo zmęczony po maratonie z Marciem Gicquelem w 1. rundzie (67 63 76) oraz z pozbawionym rytmu turniejowego Paul-Henri Mathieu w ćwierćfinale. Na koniec jeszcze nieco o dwóch młodych strzelbach. James Duckworth – młody australijski tenisista, który jeszcze w tamtym roku podbijał polskie futursy, a w tym rewelacyjnie grający w Melbourne, pokonał „starego wygę” Challengerów na clayu – Stephane Roberta 63 75. Na jego drodze w drugiej rundzie stanął jednak inny warty obserwowania młody gracz - Pablo Carreno-Busta. Hiszpan okazał się lepszy dopiero po tie-breaku trzeciego seta i nagrodą był awans do ćwierćfinału i pojedynek z Hanescu (46 46).

 

Paweł Dzikiewicz


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Pożegnanie Fernando Gonzaleza

czwartek, 22 marca 2012 10:52

 

Jeden ze słynniejszych chilijskich tenisistów w historii w wieku 31 lat zakończył karierę. Porażka w pierwszej rundzie turnieju w Miami z Nicolasem Mahut 5-7 6-4 6-7. 

 

Historię Fernando Gonzaleza przybliżymy w najbliższych dniach, a póki co przypominamy trochę jego fantastycznych zagrań:

 

 

 

 

 

źródło fotografii: menstennisforums.com

 

Julian Siemion


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Piękny comeback Kleybanovej!

środa, 21 marca 2012 1:16

 

W świetnym stylu na kort powróciła Alisa Kleybanova. Rosjanka, która pokonała chorobę nowotworową wygrała swój pierwszy mecz po 10-miesięcznej przerwie. Niestety, nie było możliwości obejrzenia tego spotkania w TV, ale dzięki „ćwierkaniom” amerykańskiego dziennikarza Bena Rothenberga mogliśmy dowiedzieć się coś niecoś o spotkaniu Larsson – Kleybanova.

 

Tak więc zaczynamy, jak to zwykle bywa, od początku. Pierwszą rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę jest fakt, że Alisa nie ma kontraktu z żadną firmą odzieżową. Myślę jednak, że jest to tylko tymczasowa sytuacja, która dość szybko powinna się zmienić. Początek spotkania ze Szwedką był dla Rosjanki dość nerwowy. Pierwszy punkt po powrocie Kleybanova zdobyła po niewymuszonym backhandowym błędzie Larsson. Natomiast pierwszym w 2012 roku winnerem Alisy był… skrót. Rosjanka, która słynęła raczej z mocniejszych zagrań, swoją premierową wygrywającą piłkę zdobyła zatem drop shotem. Jednak już na samym początku spotkania Kleybanova dała się przełamać Szwedce. Mało tego, oddała swojego gema serwisowego w najgorszy możliwy sposób – broniąc break pointa Rosjanka „zaserwowała” double faulta. Od pierwszych punktów tego meczu widoczna była nerwowość w poczynaniach Alisy. No ale pamiętajmy, że 10 miesięcy przerwy od zawodowego grania musiało zrobić swoje. Już od 3.gema wzrastała pewność siebie Kleybanovej, a kolejne piłki były przez nią posyłane z coraz większą mocą. Jednak wciąż popełniała ona zbyt dużo niewymuszonych błędów, a Larsson cierpliwe trzymała piłkę w korcie. Po 44 minutach na tablicy wyników widniał rezultat 6-2 dla Szwedki, ale spotkanie były o wiele bardziej wyrównane, aniżeli wskazywałby na to suchy wynik.  

 

Drugi set to już zupełnie inna historia. Kleybanova zaczęła drugą partię bardzo dobrze, od razu odskoczyła rywalce na przewagę przełamania. Przy stanie 4-1 dla Rosjanki po raz pierwszy Larsson okazała niezadowolenie, ciskając rakietą o kort. Alisa zachowała jednak zimną krew, wzmocniła nieco serwis i pilnowała głównie własnych gemów serwisowych. Różnica jednego przełamania w zupełności wystarczyła do wygrania drugiego seta, którego gromkim „davai” zakończyła Kleybanova. Bojowemu okrzykowi towarzyszyła oczywiście zaciśnięcie pięści. Drugi set to istny popis ze strony Alisy. Wystarczy wspomnieć, że w drugiej partii Rosjanka nie musiała bronić ani jednego break pointa!

 

Będąca na fali Kleybanova ani na chwilę nie zwolniła tempa w trzeciej odsłonie tego spotkania. Już w pierwszym gemie przełamała Larsson, a kiedy po bardzo długim gemie utrzymała swoje podanie, odskakując tym samym Szwedce na 2-0, z jej ust wydobyło się głośne „ajde”. Larsson po raz kolejny nie wytrzymała ciśnienia i ponownie rzuciła rakietą o kort. Wyraźnie podenerwowana Szwedka po raz drugi z rzędu nie potrafiła wygrać swojego gema serwisowego, co pozwoliło Kleybanovej na osiągnięcie bezpiecznej przewagi *3-0 w decydującej partii. Alisa nie dała już sobie wydrzeć triumfu w tym spotkaniu, i ostatecznie wygrała 2-6 6-3 6-2. A w drugiej rundzie na Kleybanovą czeka już Maria Kirilenko.

 

 

Na koniec jeszcze raz specjalne podziękowania należą się Benowi Rothenbergowi, który pisze między innymi na łamach New York Timesa. Bez śledzenia jego twitterowego konta opisanie spotkania Kleybanova – Larsson nie byłoby możliwe. I chociaż pewnie Rothenberg nigdy tych podziękowań nie przeczyta, to i tak wielkie dzięki Ben!

 

Źródło fotografii: twitter Bena Rothenberga

 

Julian Siemion


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Kleybanova dziękuje wszystkim za wsparcie

wtorek, 20 marca 2012 15:06


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wielki powrót Alisy Kleybanovej!

wtorek, 20 marca 2012 12:23

 

Tenisowa karuzela przeniosła się do Miami. Na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych będziemy mogli oglądać wszystkie gwiazdy światowych kortów, ale to nie one będą w centrum uwagi. A na pewno nie w pierwszych dniach zmagań.  Oczy wszystkich tenisowych fanów skierowane będą na Rosjankę Alisę Kleybanovą – zawodniczkę, która w swojej karierze wygrywała z takimi tenisistkami jak Venus Williams, Kim Clijsters czy Ana Ivanovic. Jednak to nie zwycięstwa z legendami kobiecego tenisa są najcenniejszymi skalpami Rosjanki. Kleybanova przez kilka ostatnich miesięcy toczyła najważniejszą i najtrudniejszą bitwę w swoim życiu. Alisa zmagała się z chorobą Hodgkina. I wyszła z tej walki zwycięsko.

 

Po ubiegłorocznym turnieju w Rzymie, tenisowym światem wstrząsnęła dramatyczna wiadomość. Alisa Kleybanova, klasyfikowana wówczas na 26.miejscu w rankingu, podała do informacji publicznej, że ma ziarnicę złośliwą. Jest to choroba nowotworowa układu chłonnego. Wyleczalność tego schorzenia jest spora, bo wynosi od 50 do 95%, ale tak jak w każdej chorobie nowotworowej, prawdopodobne są nawroty. We wczesnym okresie choroba ta często przypomina ostre lub przewlekłe zakażenie jamy ustnej bądź gardła. Powiększeniu ulegają węzły chłonne, a wszystkiemu towarzyszyć może także gorączka. I tak to też wyglądało u Rosjanki. Dopiero przeprowadzenie biopsji pozwoliło ustalić, że Kleybanova cierpi na chorobę Hodgkina. Diagnoza ta rzecz jasna musiała wykluczyć Alisę z gry w tenisa. Priorytetem była wtedy walka o zdrowie. Kurację przeprowadzono w jednej z włoskich klinik, gdzie Rosjanka musiała poddać się chemioterapii. Leczenie zakończyło się w grudniu. Kleybanova nie miała zamiaru się poddawać, i cały czas myślała o powrocie na kort. Wyniki ostatnich badań, które zostały przeprowadzone w styczniu, były dość optymistyczne i pozwoliły myśleć o powrocie do czynnego uprawiania sportu.

 

Na kort Kleybanova wróciła w lutym, kiedy to mogła trenować po raz pierwszy od kilku dobrych miesięcy. Alisa, po konsultacji z lekarzami, postanowiła że jej ośrodkiem treningowym będą Stany Zjednoczone. Początkowo nie myślała ona o występie w Miami. Wybór USA podyktowany był klimatem, jaki panuje w Ameryce Północnej. W Europie wciąż można było spotkać się z ujemnymi temperaturami, a każdy przeciąg, każde przewianie to coś bardzo niepożądanego dla osłabionego jeszcze organizmu. O dziką kartę do turnieju w Miami Kleybanova poprosiła dość późno. Rosjanka zaznacza jednak wyraźnie, że nie ma dalszych turniejowych planów. Turniej w Key Biscane ma być dla niej czymś w rodzaju swoistego testu. Start w tych zawodach ma dać odpowiedź na pytanie, czy Kleybanova jest w stanie powrócić do gry w tenisa na wysokim poziomie. Chciałbym, żeby te dość ostrożne słowa Rosjanki były tylko kurtuazją…  Kleybanova była (a może niepotrzebnie używam tutaj czasu przeszłego?) naprawdę bardzo dobrą tenisistką. Uwielbiała grać w Australii. Wystarczy chociażby wspomnieć jej świetne (i wygrane!) mecze z Aną Ivanovic czy Shuai Peng.

 

 

Przypomnijmy, że w swojej dotychczasowej karierze Kleybanova wygrała dwa turnieje WTA. Obydwa triumfy miały miejsce w 2010. Co ciekawe, Alisa wygrywała całe imprezy tylko na terenie Azji – pierwszy sukces odniosła w Kuala Lumpur, a drugi w Seulu. W ogóle cały rok 2010 był bez wątpienia najlepszym sezonem Kleybanovej.  Poza dwoma zwycięskimi turniejami, Alisa może się także pochwalić pokonaniem samej Kim Clijsters.

 

 

A już dziś, w pierwszym dniu zawodów na Florydzie widzowie będą mogli obejrzeć Kleybanovą w akcji. Rosjanka zmierzy się ze Szwedką Johanną Larsson. Faworytką bukmacherów jest rzecz jasna Szwedka – za każdą złotówkę postawioną na Larsson można wzbogacić się o 50 groszy, natomiast obstawiając Kleybanovą można pomnożyć swoją stawkę przez 2,5.  Na zwyciężczyni tego pojedynku czeka już Maria Kirilenko, która w pierwszej rundzie miała wolny los. Mam nadzieję, że turniej w Miami będzie początkiem powrotu Alisy Kleybanovej do czołówki kobiecego tenisa. I życzę jej tego z całego serca.

 

 

źródło fotografii: 3.bp.blogspot.com

 

Julian Siemion


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

CHALLENGER ZONE – WEEK #10-11

poniedziałek, 19 marca 2012 14:33

 

Ruszamy z CHALLENGER ZONE – głównie będą to podsumowania tenisowych zmagań na szczeblu Challengerowym. W każdą niedzielę lub poniedziałek będziemy krótko opisywać to co działo się na zapleczu ATP World Tour. Pojawiać się będą także różne ciekawostki i newsy dotyczące tego co słychać u młodszego brata ATP World Tour. Co prawda do turniejów rangi Challenger nie mogą zgłaszać się zawodnicy z top 50 rankingu ATP (Dla nich jedynym sposobem do wzięcia udziału w tych imprezach jest dostanie dzikiej karty od organizatorów), lecz mimo to w drabinkach bardzo często można znaleźć znane nazwiska. Udział w zawodach tej rangi jest doskonałą okazją do odzyskania rytmu meczowego przez tenisistów wracających po dłuższych kontuzjach. W stawce nie brakuje również utalentowanych młodych graczy, czyli potencjalnych przyszłych mistrzów, a także takich zawodników, którzy osiągają szczyt swojej kariery mając już na liczniku nawet 30-tkę. W Challengerach poziom graczy jest bardzo wyrównany. Pojawiają się tam zawodnicy (najczęściej kwalifikanci) nawet spoza pierwszej 300. rankingu, którzy bardzo często odprawiają z kwitkiem wysoko rozstawionych rywali. Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się na relacjonowanie challengerowych zmagań z kortów całego świata.

 

W dzisiejszej edycji Challenger Zone nadrabiamy zaległości. Oprócz ubiegłotygodniowych wyników opiszemy również to co działo się na zapleczu ATP również w 10. tygodniu. Jako, że przedstawimy przebieg aż 7 turniejów, skupimy się głównie na tych większych i przymkniemy nieco oko na niektóre rzeczy, typu jak Azjaci bronią swego terytorium i biją rozpaczliwie szukających punktów reprezentantów pozostałych nacji. Zatem zaczynamy!

 

TYDZIEŃ 10:

 

Kyoto, Japonia
dywan w hali
pula nagród: $35 000

 

Bardzo udany turniej dla gospodarzy. Z 8 japończyków widniejących w drabince turnieju głównego (4 grało z dziką kartą) aż 3 doszło do ćwierćfinału. Dodatkowo losowanie ułożyło się w taki sposób, że w pierwszych dwóch rundach mogło dojść do 3 japońskich match-upów  co znaczyło nic innego jak to, że w ostatecznym rozrachunku gospodarze mieli szansę na jedynie 5. swoich reprezentantów w ¼ finału. Wymarzony scenariusz kibiców z Kraju Kwitnącej Wiśni sprawdził się więc w 60%, także nie mieli oni powodów do narzekania. Jedynym rozczarowaniem była porażka już w 2. rundzie rozstawionego z nr 1 Go Soedy. Pocieszeniem dla Japończyków było jednak to, że jego pogromcą okazał się być 21-letni Hiroki Moriya. Swoją drogą zawodnik ten rozegrał bardzo udane zawody, gdyż odpadł dopiero w półfinale z innym rodakiem - Tatsuma Ito. Moriya głównie dzięki temu startowi w dzisiejszym świeżutkim rankingu widnieje na 243. pozycji. Wspomniany Ito natomiast wygrał cały turniej pokonując w finale Maleka Jaziri  67 61 62. Tatsuma ma 24 lata. Po 2 latach okupowania pozycji w drugiej setce rankingu ostatnio w końcu awansował do pierwszej. Najbliższe miesiące powinny pokazać co możemy oczekiwać od Japończyka. Czy będzie on kolejnym Nishikorim, czy też 94 miesce, które obecnie zajmuje jest szczytem jego możliwości. Innym wartym uwagi graczem, który wystąpił w tych zawodach jest 19-letni Hindus Yuki Bhambri. Dla tych, którzy choć trochę śledzą wyniki juniorskie gracz ten nie powinien być anonimową postacią. Bhambri bowiem przez wiele miesięcy był liderem juniorskich rankingów. Niestety jego kariera seniorska nie przebiega już tak dobrze. Yuki do tej pory z trudem przechodził challengerowe rundy. Jednak tutaj, podobnie jak tydzień wcześniej w Singapurze zdołał osiągnąć ćwierćfinał, gdzie odpadł… z Tatsuma Ito.

 

Santiago, Chile
korty ziemne
pula nagród : $35 000

 

Drabinka obfita w wielu bardzo ciekawych zawodników. Challengery na kortach ziemnych przyzwyczaiły nas już do tego, iż każdy może tam wygrać z każdym. Podobnie jak w Kyoto tutaj również najlepszy w turnieju okazał się być gospodarz. Paul Capdeville  był jedynym rozstawionym zawodnikiem w ćwierćfinałach (!), a w finale pokonał Antonio Veica z Chorwacji 63 67 63. Veica pamiętamy z ubiegłorocznego Roland Garros, gdzi przeszedł eliminacje, następnie doszedł do 3. rundy pokonując w pięciu setach kolejno Pablo Cuevasa i Nikolaya Davydenko, czyli zawodników, którzy potrafią grać na Clayu. Wydawało się, że będzie to przełomowy moment kariery Antonio, jednak od tamtej pory nic szczególnego nie zdołał on „ugrać”. Zwracamy uwagę na wynik Fernando Romboliego z Brazylii, który po przejściu eliminacji dotarł aż do półfinału. Romboli pokonał m.in. rozstawionego z 1 Erica Prodona w 2. rundzie. Przedstawiany w poprzedniej edycji Challenger Zone Guido Pella nie zwolnił tempa. Tym razem przegrał w ¼ finału gdzie musiał uznać wyższość Capdevillowi. Wystąpił w turnieju dzięki tzw. Special Exempt (SE), czyli wyjątkowowej przepustce do gry w turnieju dla gracza, który był zgłoszony do eliminacji zawodów, lecz nie mógł w nich wystąpić, ponieważ w tym czasie grał jeszcze poprzedni turniej tej samej rangi (zazwyczaj jest to półfinał). Są przewidziane 2 takie miejsca w turnieju, lecz z reguły nie są one wykorzystywane i ich miejsce na liście startowej zajmują zawodnicy z listy rezerwowych.

 

TYDZIEŃ 11:


Dallas, TX, USA
korty twarde
pula nagród: $125 000

 

Jeden z najlepiej obsadzonych Challengerów na przestrzeni całego roku. Związana jest to z tym, że miesiąc marzec czołowi tenisiści spędzają w USA gdzie próbują swoich sił w turniejach Masters Series w Indian Wells i Miami. Tych, którym się nie powiodło, czy to w eliminacjach czy w turnieju głównym, z reguły widzimy w tym turnieju. Warto zaznaczyć, że jest to już drugi Challenger w tym mieście w sezonie. Poprzedni rozgrywany jest  w lutym i ma on pulę nagród o 20% niższą, jednak to obsada jest główną różnicą między tymi dwoma imprezami. W texasie pojawił się nawet Marin Cilic, lecz w jego przypadku chodzi bardziej o powrót do pełnej dyspozycji i formy po kontuzji. Mimo tego, iż rozgrywki te poziomem śmiało można porównać do imprez ATP World Tour, nie brakowało wielkich niespodzianek, i dziwnych wyników, które są tak bardzo charakterystyczne dla Challengerów. Wśród rozstawionych graczy były takie nazwiska jak: Haase, Lacko, Bogomolov, Seppi, czy wspomniany Cilic, a mimo to w fazie półfinałowej nie było już nikogo z numerkiem przy nazwisku. Ok, Tommy Haas, czy Igor Andreev to przeciez gracze nietuzinkowi i po prostu najlepsze lata mają za sobą, ale byt 1/2 finału Bjorna Phau i Franka Dancevica przy takiej obsadzie jest bardzo dużym zaskoczeniem. Mało tego, Kanadyjczyk wygrał całe zawody, a przecież do turnieju głównego dostał się z kwalifikacji. To on pokonał w ¼ finału w dwóch tie-breakach największego faworyta turnieju, Marina Cilica. Cieszy powrót do formy Tommyego Haasa. Niemiec od lat mieszkający na Florydzie dostał od organizatorów dziką kartę. Pokonał bez straty seta Andreasa Seppiego, Nicolas Mahut i Gilles Mullera i nie potrzebował w żadnym secie nawet rozgrywki tie-breakowej. Na spotkanie z Dancevicem niestety nie wyszedł z powodu kontuzji pleców, której doznał na porannej rozgrzewce przed meczem. Miejmy nadzieję, że to nic poważnego i to tylko przypadek, że kontuzja pojawiła się w momencie gdy Tommy miał intensywny tydzień i zagrał kilka meczy w tygodniu.

 

Guadalajara, Meksyk
korty twarde
pula nagród: $100 000

 

Kolejny Challenger i kolejnyraz rozstawieni zawodnicy nie mają nic do powiedzenia. Tym razem „rodzynkiem” w ¼ finału okazał się Paolo Lorenzi, który to zresztą doszedł nawet dalej bo do finału. Spotkał się tam z Thiago Alvesem. Brazylijczykowi w tym roku „stuknie” 30-tka, i wydawało się, że ma on już chyba okres najlepszej gry za sobą. Zawsze był wyróżniającą się postacią w Challengerowym Tourze, ale, podobnie jak wielu innych graczy, swoich powodzeń nie potrafił przełożyć na salony ATP World Tour. Jego najwyższą pozycją w karierze jest bowiem 88. lokata, którą osiągnał w 2009 roku. Impreza w Meksyku, jak na oferowaną pulę nagród, nie przyciągnęła zbyt wielkich nazwisk. Nic jednak dziwnego, gdyż wszystkich „pazernych na kasę” zgarnął turniej w Dallas. Wydawało się więc, że Eduard Roger-Vasselin, Vasek Pospisil, Matchias Bachinger, czy nawet weteran Robby Ginepri mają szansę na stosunkowo łatwe punkty. Okazało się jednak, iż tacy zawodnicy jak Ruben Bemelmans czy kwalifikant Roman Borvanov, którzy uzupełnili półfinałowe grono, to obecnie za wysokie progi dla zawodników z okolic setnego  miejsca.

 

Pingguo, Chiny
korty twarde
pula nagród: $50 000

 

Go Soeda i Malek Jaziri spacerkiem dostali się do finału. W tym turnieju, jak to się mówi w żargonie tenisowym, wszystko przebiegało zgodnie z planem, ponieważ finaliści to 1. i 2. rozstawiony gracz w drabince. Jaziri osiągnął swój drugi finał z rzędu. Podobnie jak w Kyoto przegrał w 3. setach. Był to już trzeci jego występ w finale Challengera w tym sezonie, lecz chyba najważniejszy z racji na najwyższą pulę nagród turnieju w Pingguo. Udane występy w tym roku sprawiły, że Tunezyjczyk awansował do pierwszej setki ATP. W dzisiejszym wydaniu list rankingowych jest na 93. pozycji. Pozostałe wyniki tego turnieju nie są raczej warte uwagi, więc nie będziemy na siłę kreować sensacji J

 

Sarajewo, Bośnia i Harcegowina
korty twarde w hali
pula nagród: $30 000

 

W drabince turnieju głównego znaleźć można było dwóch Polaków. Jerzy Janowicz ma wystarczająco dobry ranking, żeby łapać się do tej rangi Challengerów, Michał Przysiężny jednak musiał przebijać się przez eliminacje. Jerzykowi udało się dojść do ćwierćfinału. Pokonał wcześniej Kristijana Mesarosa 64 64 i Laurynasa Grigelisa (nr 8) 36 76 62. Dopiero Jan Hernych okazał się być barierą dla Polaka. Doświadczony Czech wygrął w trzech setach, Janowicz zdołał wygrać jedynie drugą partię za pomocą tie-breaka. Przysiężny z kolei nie miał żadnych powodów do radości po tych zawodach. Trzeba przyznać jednak, że miał dużo trudniejsze losowanie od młodszego rodaka. Już w pierwszej rundzie na jego drodze stanął rozstawiony z nr 5 Dustin Brown. Jamajczyk reprezentujący barwy Niemiec pokonał „Polskiego Federera” 76 76. Pogromcy Polaków spotkali się ze sobą w ½ finału. Wygrał Hernych 76 76. Czech zresztą okazał się najlepszy w całej stawce bośniackiej imprezy. Pokonał w finale swego rodaka i imiennika - Jana Mertla. Spotkaniu towarzyszyć musiały ogromne emocje, gdyż w finałowym trzecim secie do wyłonienia zwycięscy potrzebny był tie-break. Hernych wygrał go 7-5. W Bośni grało 4 Niemców. O Brownie już wspominaliśmy i jego występ można zaliczyć do udanych. Pozostali jednak chcą chyba jak najszybciej zapomnieć o Sarajewie. Andreas Beck, Michael Berrer i Daniel Brands to trzej czołowi rozstawieni gracze. Każdy przegrał swój pierwszy mecz… Welcome In Challenger World…

 

Rabat, Maroko
korty ziemne
pula nagród: $30 000

 

Na koniec trochę o jedynym Challengerze na kortach ziemnych w 11 tygodniu. Do Rabatu zjechali się tym razem europejscy specjaliści od gry na tej nawierzchnii. Mówiąc specjaliści mamy na myśli oczywiście podwórko challengerowe, bo kim jest taki (z całym szacunkiem dla tego pana) Adrian Ungur w porównaniu do Nicolasa Almagro czy chociażby Juana Monaco. Oprócz Rumuna w Maroku pojawili się tacy charakterystyczni dla challengerów na mączce gracze jak: Martin Klizan, Stephane Robert, Pere Riba, Daniel Gimeno-Traver czy w końcu Filippo Volandri. Mimo dosć wyrównanej obsady dwóch zawodników nie napotkało zbyt dużego oporu na swojej drodze do finału. Volandri (nr 1) dopiero w półfinale musiał spędzić więcej czasu na korcie przeciwko Andreyowi Kuznetsovowi, natomiast Klizan (nr 6) nie stracił w turnieju nawet seta. Słowak zaskakująco łatwo pokonał Włocha 62 63. Oprócz wspomnianych graczy formą błysnął również Simon Greul. Niemiec przegrał w ½ finału z późniejszym triumfatorem. Zwracamy uwagę również na Guillermo Olaso, lucky losera, który doszedł do ćwierćfinału. Warto jeszcze raz wspomnieć o Kuznestovie. Największa nadzieja Rosjan ostatnich lat powoli wraca w te rejony rankingu, które w 2010 roku były rekordowymi. Andrey obecnie jest już 173.

 

 

Paweł Dzikiewicz


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Czy Azarenka pobije rekord Martiny Hingis?

poniedziałek, 19 marca 2012 13:23

 

Sydney, Melbourne, Dausze, Indian Wells. Cztery miasta, cztery tenisowe turnieje, ale tylko jedna zwyciężczyni. Viktoria Azarenka, bo to o niej mowa, zaczęła rok 2012 z wysokiego C. 23 wygrane, zero porażek. Pierwszy sukces w turnieju Wielkiego Szlema, a także pierwsze miejsce w rankingu WTA. Jakby tego było mało, prezydent Białorusi uhonorował ją w tym roku Orderem Ojczyzny III stopnia. 22-latka z Mińska na stałe zapisała się w historii nie tylko białoruskiego, ale i światowego sportu.

 

23-0. Do rekordu Martiny Hingis, która w 1997 roku zaczęła sezon od 37 kolejnych wygranych, jeszcze trochę Azarence brakuje, ale kto wie czy nie uda jej się pobić historycznego osiągnięcia Szwajcarki? Co prawda kobiecy tenis przechodzi teraz bardzo trudny okres, poziom jest raczej niższy niż wyższy, ale to też przecież trzeba umieć wykorzystać. Azarenka ma swoje pięć minut i świetnie je wykorzystuje. A może to nie będzie tylko pięć minut? Poza suchą statystyką wygranych meczów Azarenki nie można w żaden sposób porównywać do Martiny Hingis. Szwajcarka swój kapitalny start zaliczyła w wieku 17 lat, a na swojej drodze miała wtedy takie zawodniczki jak Monica Seles, Jennifer Caprati czy Venus Williams. Poza tym, Hingis grała w zupełnie inny sposób niż Azarenka. Szwajcarka, w odróżnieniu od Białorusinki, prezentowała tenis niezwykle techniczny, używała znacznie mniej siły, grała zdecydowanie bardziej inteligentnie. Natomiast Azarenka skupia się na sile fizycznej, 99% piłek gra płasko, w ogóle nie chodzi do siatki. Szczerze mówiąc to nie mam pojęcia, czy potrafi zagrać dobrego woleja czy slajsa. No dobrze, nie będę już taki złośliwy. Wracając jeszcze do cudownego startu Hingis , to nie możemy zapominać, że na początku 1997 w gorszej dyspozycji była Steffi Graf, ale nie zmienia to faktu, że mimo wszystko Hingis musiała zmierzyć się z większą ilością klasowych zawodniczek. Na drodze Szwajcarki stanęła dopiero Chorwatka Iva Majoli, a miało to miejsce podczas francuskiego Roland Garros, a konkretniej w wielkim finale tej imprezy. Zresztą coś chyba musi być w tym French Open. Rok temu Novak Djokovic także fenomenalnie rozpoczął sezon, a przegrał dopiero na paryskiej mączce… A wracając do Azarenki… Turniej w Miami, który rozpoczyna się za kilka dni, będzie imprezą, gdzie zdecydowaną faworytką będzie właśnie Viktoria. Zresztą to nie może być żadnym zaskoczeniem. No bo kto niby może zagrozić Białorusince? Sharapova, która w chwili obecnej jest numerem 2? Raczej nie… Rosjanka gra fatalnie z Azarenką, w finałach jest totalnie spięta, nie potrafi przebić kilku piłek z rzędu… Kvitova? Bez formy… A może Radwańska? Nie chciałbym być surowy, ale w tym roku Polka mierzyła się z Białorusinką czterokrotnie. Bilans to rzecz jasna 4-0 na korzyść Azarenki. A kto oglądał ich ostatnią potyczkę w Indian Wells, nie ma wątpliwości, że na dzień dzisiejszy Radwańska nie ma z Viktorią żadnych szans. A może Woźniacka? Raczej też nie. Woźniacka to zresztą zupełne przeciwieństwo Azarenki. Polska Dunka może przebijać piłkę na drugą stronę kortu praktycznie w nieskończoność, tylko że jej zagrania są zbyt bezpieczne, a ktoś będący w takiej formie jak Azarenka nie ma problemów z kończeniem takich „baloników”. 

 

 

Konkurencja nie jest zbyt mocna, nie ma co się oszukiwać. Najbliżej pokonania Azarenki w tym roku była młodziutka Francuzka Mona Barthel. W spotkaniu pierwszej rundy turnieju w Indian Wells, Barthel serwowała dwukrotnie aby wygrać mecz z Białorusinką. Miało to miejsce przy stanie *5-4 i *6-5 w trzecim secie. Jednak Mona nie wytrzymała ciśnienia i to Azarenka awansowała do drugiej rundy… Może to w Barthel cała nadzieja? ;)

 

W Miami pewnie wygra Azarenka (no bo kto inny?), ale zdecydowanie bardziej ciekaw jestem występów liderki światowego rankingu na kortach ziemnych. Jeżeli Białorusinka będzie potrafiła potwierdzić swoją świetną formę także na clayu, to rekord Martiny Hingis będzie poważnie zagrożony… A szczerze powiem, że nie chciałbym żeby to właśnie Azarenka odebrała ten rekord Szwajcarce. Nie dlatego, że jakoś przesadnie pałam nienawiścią do Białorusinki. Także nie dlatego, że Viktoria jest skonfliktowana z Agnieszką Radwańską (ta to ostatnimi czasy ciągle się z kimś o coś kłóci). Otóż uważam, że Martina Hingis była po prostu tenisistką lepszą, bardziej kompletną. Potrafiła zagrać niemalże wszystko. A Azarenka? Nie można jej odmówić siły, pasji, pewności siebie, ale to wszystko do mnie tak bardzo nie trafia. Dlatego też chciałbym, żeby za x lat przy statystyce najlepszego startu sezonu wciąż widniało nazwisko Hingis, a nie Azarenka…

 

Na koniec filmiki z grą Białorusinki oraz Szwajcarki. Sami zdecydujcie, który styl gry bardziej wam się podoba.

 

 

 

 

 

 

źródła fotografii: tennisgrandstand.com, blogger-index.com

 

 

Julian Siemion


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Djokovic znów poza finałem

niedziela, 18 marca 2012 14:22

Novak Djokovic, podobnie jak przed dwoma tygodniami w Dubaju, gdzie przegrał ze swoim przyjacielem Andy Murrayem, tak i wczoraj w Indian Wells pożegnał się z turniejem już w 1/2 finału. Tym razem Serb poległ w niesłychanie zaciętym spotkaniu z Johnem Isnerem. Niestety nie mogliśmy oglądać meczu, tak więc ciężko jest cokolwiek napisać o przebiegu tego spotkania. Dlatego tym, którzy podobnie jak my nie mieli okazji śledzić na żywo poczynań obu panów na korcie zapraszamy do obejrzenia 10-minutowego skrótu.

 

Paweł Dzikiewicz


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zmarnowana szansa Kubota

niedziela, 11 marca 2012 0:10

 

Polak w fatalnym stylu przegrał mecz z Roddickiem 6-4 6-7 3-6. Analiza tego spotkania jutro...

 

AKTUALIZACJA

 

Wbrew temu, co sugeruje większość sportowych serwisów, nie można być zadowolonym z wczorajszego spotkania Kubota z Roddickiem. No, chyba że jest się kibicem Amerykanina. O tym, że Roddick jest cieniem samego siebie z dawnych lat pisałem na łamach break pointa niedawno. Nie ma więc sensu się powtarzać... 

 

Do stanu 6-4 *5-4 gra Kubota wyglądała bardzo dobrze. Nie można się praktycznie do niczego przyczepić. Łukasz w pięknym stylu wygrał pierwszego seta, a przez pierwsze dziewięć gemów drugiej partii także radził sobie bardzo dobrze. Można tu choćby wspomnieć gema z początku drugiego seta, kiedy Kubot w cudowny sposób utrzymał swoje podanie od stanu 0-40. Amerykanin się denerwował, wściekał, popełniał mnóstwo niewymuszonych błędów i wydawało się, że Łukasz skorzysta z tak znakomitej okazji i awansuje do 3.rundy prestiżowego turnieju w Indian Wells. Poza tym, Polak już raz wygrał w swojej karierze z Roddickiem, tak więc myślałem, że nie pojawi sę tak zwany strach przed wygraną. A jednak.... Gem numer dziesięć w drugim secie okazał się początkiem końca Kubota. Łukasz zagrał fatalnie. Ani razu nie trafił pierwszym serwisem, na hura latał do siatki po drugim podaniu, mylił sie przy łatwych wolejowych okazjach. Roddick bardzo łatwo odłamał Polaka i od tego momentu Łukasz zaczął grać naprawdę słabiutko. Andy co prawda nieco podniósł swój poziom gry, ale słowo nieco jest tutaj kluczowe. Gdy w tie-breaku Roddick przegrał trzy kolejne piłki od stanu 5-1, wydawało się że może nie wszystko stracone. Niestety, przy stanie **4-5 po raz n-ty w końcówce drugiej partii Kubot popełnił niewymuszony błąd. Po przegraniu drugiego seta porażka w całym meczu była tylko formalnością...

Trzeciego seta Kubot zaczął najgorzej jak mógł, bo od straty swojego podania. Jednak Roddick cały czas potwierdzał, że jest w fatalnej formie. Łukasz od razu odrobił stratę przełamania i przez krótki okres utrzymywał się na prowadzeniu (2-1 i potem 3-2). Jednak przy stanie 3-2 Kubot poprosił o trainera. Jakiś szybki masaż, dokładnie nie wiem co się Polakowi stało, bo szczerze mówiąc nic nie wskazywało na problemy zdrowotne. Od tego momentu Kubot przegrał jednak cztery kolejne gemy, psując masę łatwych piłek... 

 

Cóż, wielka szkoda zmarnowanej szansy. Szczególnie styl tej porażki boli. Można powiedzieć, że to taka frajerska przegrana...

 

 

Julian Siemion


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Telewizyjny tenisowy rozkład jazdy

sobota, 10 marca 2012 16:28

 

Turnieje w Indian Wells ruszyły już ładnych kilkadziesiąt godzin temu, ale pierwsze transmisje zaczynają się dziś.

 

WTA Indian Wells - prawa do tego turnieju ma Eurosport


Niedziela 11.03 - Eurosport (ES) 19-20:45 i potem od 22:30

Poniedziałek 12.03 - ES 19-20:45 i potem od 22:30

Wtorek 13.03 - ES 19-23

Środa 14.03 - ES 21.30-23.15

Czwartek 15.03 - ES 19.00-20.45

Sobota 17.03 - ES2 - 14.30-15.30

Niedziela 18.03: ES2 - 02-03  + 05:30-07:00 (skróty obu półfinałów), 13:30-14:15

ES 19:00 - FINAŁ

 

 

ATP Indian Wells - prawa do tej imprezy posiada Polsat Sport

 
Sobota 10.03 - od 21 do 3 w nocy - Polsat Sport Extra (PSE) , a także od 20 do 1:15 w polsacie sport news

Niedziela 11.03 - 20:30 - 23 - PSE , a także od 19 do 1:15 w ps news

Pon 12.03 - 23-3 - PSE, a także od 19 do 1:15 w ps news

wt 13.03 - 19-2 - PSE, a także od 19 do 1:15 w ps news

Śr 14.03 20:30-00:00 PSE, a także od 19 do 1:15 w ps news

Czwartek 15.03 - od 23:00 PSE, a także od 21 do 1:15 w ps news

Piątek 16.03 - od 23:30 PSE

Sobota 17.03 - obydwa półfinały na żywo na antenie Polsatu Sport Extra 

Niedziela 18.03 - finał na żywo w PSE

 

Godziny półfinałów oraz finału turnieju ATP uaktualnimy nieco później.

 

 

Julian Siemion


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Stephens pozazdrościła Bubce

sobota, 10 marca 2012 11:10

 

6-2 *5-1 40-15. Wynik idealny, aby zakończyć mecz w dwóch setach. A jednak nie dla wszystkich... W meczu 2.rundy turnieju WTA w Indian Wells Sloane Stephens zmarnowała taką przewagę w meczu z Angelique Kerber. Mająca polskie korzenie Niemka nie poddała się nawet w tak dramatycznej sytuacji. Gdy wydawało się, że mecz jest już przegrany, Amerykanka zaczęła się denerwować... Nie oglądałem meczu (nie było żadnego stream'a, nie mówiąc o transmisji telewizyjnej), ale znając Stephens można przypuszczać, że był to klasyczny choke. Szczególnie, że od stanu 5-1 40-15 Sloane przegrała cztery kolejne piłki, a dała się "przełamać' serwując double faulta. Całe spotkanie wygrała oczywiście Kerber: 2-6 7-5 6-4...

 

Stephens to niezwykle utalentowana tenisistka, ma ogromny talent i jestem pewien, że w przyszłości będzie sporo znaczyć w tenisowym światku. Sloane ma dopiero 18 lat, a potrafiła już pokonać takie zawodniczki jak Goerges, Peer czy Lisicki. Mecze takie jak te z Kerber to wciąż coś w rodzaju frycowego, które muszą zapłacić młode gniewne tenisistki (a także oczywiście młodzi gniewni tenisiści). Mam nadzieję, że z tak bolesnej porażki Amerykanka wyciągnie odpowiednie wnioski, a w kolejnych miesiącach te doświadczenie zaprocentuje. Wróć, nie mam nadziei, jestem tego pewien! Radzę przyglądać się karierze młodziutkiej Stephens. Na pewno warto!

 

źródło fotografii: Julian Finney/Getty Images

 

Julian Siemion


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

5-0 40-15 to za mało, żeby wygrać seta...

piątek, 09 marca 2012 23:53

 

Sergei Bubka junior, syn słynnego tyczkarza, w przeciwieństwie do ojca nie słynie ze zbyt mocnej psychiki. Senior, który z olimpijskim spokojem potrafił  poprawiać rekord świata w skoku o tyczce o jeden centymetr na kolejnych mityngach, nie przekazał potomkowi genów, które odpowiedzialne by były za odporność psychiczną (zakładając rzecz jasna, że taki zestaw genów istnieje).

 

W swoim ostatniu turnieju w Dubaju, Bubka junior przegrał w spotkaniu pierwszej rundy z Lukasem Lacko 6-2 2-6 6-7(14). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby Ukrainiec nie zmarnował w tamtym spotkaniu aż 6 (słownie: sześciu) piłek meczowych. W tym tygodniu w Indian Wells Bubka co najmniej wyrównał swoje "osiągnięcie", o ile go nie pobił. Otóż w pierwszym secie meczu z Nikolayem Davydenko, Bubka prowadził już 5-0 40-15. Jednak i taka przewaga nie wystarczyła do triumfu w pierwszej partii. Siedem kolejnych gemów wygrał Davydenko, a drugi set był już tylko formalnością... Całe spotkanie zakończyło się wynikiem 7-5 6-3, rzecz jasna na korzyść Rosjanina.

 

Trochę żal Bubki, ale jeżeli nie wykorzystuje się takich okazji jak w meczach z Lacko czy Davydenko, to ciężko myśleć o osiąganiu poważnych wyników. Póki co, największym sukcesem syna legendarnego tyczkarza był triumf w Challengerze w japońskim Kyoto w 2009 roku. I to by było na tyle. Tylko jeden wygrany turniej challengerowy. No ale lepszy rydz niż nic... Jedno jest pewne: aby notować lepsze wyniki w przyszłości, Bubka musi wygrywać sety prowadząc 5-0 40-15... Co prawda, lekko rzecz ujmując, Ukrainiec nie należy do najbardziej doświadczonych zawodników w tourze, może jeszcze zbierać cenne doświadczenie, ale tak czy inaczej, takie wpadki nie powinny się przydarzać nikomu, kto marzy o poważnej karierze...

 

źródło fotografii: http://answers.bettor.com

 

 

Julian Siemion


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Ostatni miesiąc Ljubicica…

czwartek, 08 marca 2012 11:26

 

32-letni Ivan Ljubicic ogłosił, że niebawem kończy tenisową karierę. Pożegnalnym turniejem  Chorwata będzie start w kwietniowym Monte Carlo Rolex Masters.

 

Jak zapamiętamy Ljubicica?

 

Po pierwsze, jako gracza, który swego czasu był tenisistą #3 na świecie.

 

Po drugie, jako mistrza gry w hali – ponad połowę turniejów, w których triumfował Ljubo, rozgrywano bowiem pod dachem.

 

 

Po trzecie, jako zwycięzcę turnieju Masters w Indian Wells w 2010 roku. Kiedy lata świetności Chorwat miał już za sobą, osiągnął jeden ze swoich największych (a może największy?) sukces w karierze. A żeby wygrać te zawody, Ljubo musiał pokonać  Djokovica, Nadala i Roddicka...  Chapeau bas!

 

Po czwarte, jako zwycięzcę Pucharu Davisa z 2005 roku, kiedy to w pamiętnym finale ze Słowacją (tak tak, ze Słowacją!) Chorwaci wygrali 3-2. Ivan zdobył wtedy dla swojej reprezentacji 2 punkty – jeden w singlu i jeden w deblu (w parze z Mario Ancicem…)

 

Po piąte, będziemy kojarzyć go jako tenisistę, który zaserwował jednego z bardziej spektakularnych asów w XXI wieku. Na poniższym filmiku zagranie to zaczyna się w 30.sekundzie…

 

 

Po szóste, po prostu jako sympatycznego gościa. Chorwat zawsze starał się znaleźć czas dla wszystkich, nigdy nie odmawiał wywiadów, nie unikał trudnych tematów. Przez 6 lat był także przewodniczącym rady tenisistów ATP. To między innymi działania Ljubicica przyczyniły się do tego, że władze ATP zrezygnowały z nieudanego eksperymentu z rozgrywaniem niektórych turniejów w systemie grupowym. I bardzo dobrze! Pamiętacie te pseudoturnieje z podziałem na grupy?

 

 

I na koniec bardziej osobiste wspomnienie. Umag, rok 2009. Spotkanie Ljubicic-Melzer w ćwierćfinale tego turnieju. Oczywiście 99% widowni kibicuje Ljubie. Na trybunach zaledwie trzech fanów Austriaka. Po obronie 4 piłek meczowych w 2.secie (jeden match point wybroniony kapitalnym stop wolejem) Melzer wygrywa 4-6 7-6(3) 6-3. Piękny mecz! A propos tego samego turnieju jeszcze jedna anegdota. Otóż każdego wieczora (a nawet nocy) Ljubicic serwował sobie przejażdżkę rowerową wzdłuż morskiego wybrzeża. Super widok!

 

Wszystkiego dobrego w po-tenisowym życiu, Ivan!

 

 

Julian Siemion

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Roddick pokonuje Federera

środa, 07 marca 2012 11:14

Co prawda tylko w meczu pokazowym, ale zawsze...

 

 

Spotkanie zostało rozegrane w słynnej nowojorskiej hali Madison Square Garden.

 

Julian Siemion


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Tydzień #9 widziany subiektywnym okiem

poniedziałek, 05 marca 2012 21:09

 

Dość napięty grafik podczas kilku ostatnich dni uniemożliwił nam regularne pisanie. Spróbuję więc nieco nadrobić stracony czas, w dość subiektywny sposób podsumowując tydzień #9 na kortach ATP oraz WTA.

 

Zawodnik tygodnia: Marinko Matosevic

 

Urodzony w 1985 roku na terenie Bośni i Hercegowiny Matosevic, a występujący w barwach Australii tenisista rozegrał turniej życia w Delray Beach. Występ w finale zawodów ATP to bez wątpienia największy sukces w karierze Australiczyjka. Matosevic wygrał z takimi zawodnikami jak: Ivo Karlovic, Alex Bogomolov, Ernests Gulbis i Dudi Sela. W finale musiał uznać wyższość Kevina Andersona, który zdobył swój drugi tytuł na poziomie ATP. Dla zawodnika z RPA także należą się wielkie brawa.

 

Zawodniczka tygodnia: Su-Wei Hsieh

 

Kwalifikantka wygrywa turniej WTA! Taka sytuacja nie zdarza się zbyt często, więc Tajwanka zdecydowanie triumfuje w kategorii zawodniczka tygodnia. W drodze po swój pierwszy, historyczny sukces w zawodach WTA Hsieh miała co prawdą trochę szczęścia, bo w ćwierćfinale czekał na nią wolny los – z turnieju wycofała się Agnieszka Radwańska (co było dość mądrą decyzją Polki nawiasem mówiąc, ale wciąż nie mogę pojąć, dlaczego Isia poleciała do Malezji – przecież startowe nie zrobiło wielkiej różnicy w jej budżecie…), ale z uśmiechu szczęścia także trzeba umieć skorzystać. Dla Hsieh to już drugi bardzo dobry występ w tym roku. Kilka tygodni temu, podczas turnieju w Tajlandii, pochodząca z Tajwanu tenisistka zaliczyła udział w półfinale (do turnieju głównego także musiała przebijać się przez eliminacje). Oby ta świetna forma utrzymała się u Hsieh jak najdłużej!

 

Comeback tygodnia: Jeremy Chardy

 

W spotkaniu 2.rundy turnieju w Acapulco rywalem Francuza był Kei Nishikori. Japończyk pewnie wygrał pierwszego seta 6-1, a w drugim miał aż 7 piłek meczowych (w tym jedną przy swoim własnym serwisie). Chardy wygrał drugą partię 7-6(8), a finałowy set był już czystą formalnością. Wynik 6-0 na korzyść Francuza mówi sam za siebie.

 

Mecz tygodnia: Santiago Giraldo vs Carlos Berlocq 7-5 3-6 6-4

 

Ćwierćfinałowe spotkanie, które było rozgrywane w Acapulco, stało na bardzo wysokim poziomie. W pierwszym secie Berlocq prowadził już *5-2, by przegrać pięć kolejnych gemów. Drugi set przebiegał pod dyktando Argentyńczyka.  Na początku trzeciej partii z usług fizjoterapeuty skorzystał Kolumbijczyk, co pozwoliło Giraldo na powrót do meczu. Losy spotkania ważyły się do samego końca, a lepszą odpornością na stres wykazał się Santiago Giraldo. Poniżej najefektowniejsza (moim zdaniem) wymiana całego turnieju w Acapulco.  

 

 

Występy Polaków

 

W Acapulco w 2.rundzie odpadł Łukasz Kubot. Polak nie miał jednak żadnych szans w swoim drugim spotkaniu w Meksyku. Porażka z Davidem Ferrerem wstydu jednak Kubotowi nie przynosi.

 

Świetny występ zanotował nasz eksportowy debel Fyrstenberg/Matkowski. Nasi debliści doszli do finału turnieju w Dubaju, w którym przegrali z parą Bhupati/Bopanna. Co ciekawe, był to ich czwarty start w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, ale do tej pory za każdym razem żegnali się z turniejem w pierwszej rundzie. No to w następnym roku spodziewamy się zwycięstwa Frytek w Dubaju 

 

Agnieszka Radwańska nie przystąpiła do ćwierćfinałowego meczu w Kuala Lumpur. W dwóch pierwszych spotkaniach Isia nie straciła nawet seta (wygrane z Amanmuradovą i Karoliną Pliskovą)

 

 

Telewizyjny rozkład jazdy pojawi się na stronie na dniach, turniej w Indian Wells rusza dopiero w drugiej połowie tygodnia, tak więc nie ma pośpiechu…

 

 

źródło fotografii: perthnow.com.au

 

 

Julian Siemion

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

wtorek, 17 października 2017

stat4u

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:


Warszawa
Houston
Casablanca
Kopenhaga
Barcelona

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 5225

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl